16/10/2026
📖 Zaprzyjaźniony z Dziełem Pomocy Dzieciom ks. Łukasz Kamykowski w 42. odcinku „Wznowionego niecodziennika” wraca wspomnieniami do tygodni spędzonych w Żmiącej. Pisze o ludziach dobrej woli, codziennym życiu ośrodka i o tym, jak z gościa stopniowo stawał się jego uczestnikiem 🌿
🖼️ Wybrane fragmenty prezentujemy w karuzeli, a poniżej publikujemy cały tekst - także późniejsze refleksje autora o powrocie do Krakowa, upływie czasu i radości odnajdywanej w zwyczajnych chwilach 🪁
Łukasz Kamykowski
Wznowiony niecodziennik 42
Lato / Jesień, Kraków
Piątek 7 sierpnia 2026 r.
Ze spraw podróżnych, wakacyjnych, głównie podkarpackich i małopolskich, obiecanych na końcu poprzedniego odcinka odnotuję bardzo sumarycznie wspomnienia ze Żmiącej. To są zawsze niecodzienne doświadczenia kontaktu z ludźmi dobrej woli, którzy określają swoje dzieło jako przywracanie uśmiechu dzieciom. Dzieci są po ciężkich doświadczeniach życiowych. Znam cały ośrodek od paru lat i coraz bardziej daję się wciągnąć. Początkowo byłem raczej gościem, który mógł sobie chodzić własnymi drogami (co mu zawsze dobrze wychodzi), byle wracał na posiłki o wyznaczonej porze (co wychodzi niekoniecznie, mimo szczerych starań). Potem poproszono mnie o Mszę świętą w czasie pobytu w dni powszednie. Niedziele „zapewnia” ojciec Janusz, jezuita, który jest zaangażowany w życie Dzieła Pomocy Dzieciom od wielu lat. On zna dzieci i one go znają. W tym roku coraz bardziej uświadamiałem sobie w ciągu tygodni tam spędzonych, że zaczyna się ze mną dziać też coś podobnego. I wcale nie muszę chodzić własnymi drogami. Choć, kiedy mnie proszą, żebym towarzyszył wspólnej wycieczce – to oczywiście jak najbardziej. Ale mogę też brać udział w innych akcjach: w wieczornych tańcach zespołowych przed domem, występach teatrzyków, nawet w meczach piłki nożnej (przez chwilę). I to nie jest dla mnie wcale takie codzienne.
Czwartek 24 września 2026 r.
Tymczasem od nie samego początku sierpnia żyję sobie w Krakowie, który bardzo niechętnie wraca do powakacyjności. Długo dokuczały upały i susza, ale w końcu było lato prawie do swych ostatnich dni oficjalnego urzędowania. Na dwa dni przed końcem – załamało się całkowicie i już jest jesień z deszczykami, chłodem, wiatrami i dniami coraz krótszymi. Są już dzieci szkolne i przedszkolne, nie ma jeszcze w większości studentów, choć pewnie zmieni się to po najbliższej niedzieli. W tej powracającej codzienności wciąż się czegoś uczę. I to jest może niecodzienne, że zauważam co rok o tej samej porze, że jest trochę inaczej nie tylko dlatego, że sytuacja świata wokół się zmienia i to w ostatnich latach dramatycznie, ale że we mnie jest inaczej. Przed rokiem… Próbowałem zweryfikować w odcinkach Wznowionego niecodziennika z tamtego czasu tę wewnętrzną inność, ale wtedy akurat zajmowałem się tylko wspomnieniami z dzieciństwa i zasadnością włączania ich do tekstu i odpowiedzi nie znalazłem. Może trochę pośrednio – ta relektura przypomniała mi, jak bardzo się wtedy denerwowałem przyspieszającym upływem czasu i koniecznością pomijania wielu ciekawych niecodzienności. Otóż w tym roku zauważyłem pogodzenie się z tym, że – jak mówi Kohelet, którego czyta się w tych dniach w kościele - „marność nad marnościami, wszystko marność”, „nie nasyci się oko patrzeniem ani ucho napełni słuchaniem”, „wszystko ma swój czas i jest wyznaczona godzina na wszystkie sprawy pod niebem”, że „nie pojmie człowiek dzieł, jakich Bóg dokonuje od początku aż do końca”. Ważnym fragmentem tak uspokojonego życia są oczywiście większe wycieczki i mniejsze wypady rowerowo-piesze. Spokojnie przyjmuję to, że może nie dotrę do zaplanowanego celu i zawrócę tą samą drogą do zaparkowanej Pandzi lub uwiązanego w krzakach roweru; że powrót do innych zajęć na czas ma też swoją wartość – w tym do pisania niecodziennika lub kolejnej baśni, zakupienia żywności, spotkania z Panem w godzinie adoracji u św. Wojciecha w Rynku. Wrył mi się w pamięć w ostatnim miesiącu taki jeden krótki odpoczynek na niezajętej ławeczce na Solniku. To – jeśli ktoś nie wie – taki wzgórek na końcu Sikornika zwanego też Wzgórzem świętej Bronisławy czyli wapiennego pasemka, na którym wniesiono ongiś kopiec ku pamięci Naczelnika Kościuszki. Władze leśne Miasta zadecydowały się nie tak dawno oczyścić z drzew i krzaków i zagospodarować miejscami do siedzenia dość długą polanę na Solniku z widokiem na Beskidy, Gorce i (od czasu do czasu) Tatry. Owóż w dniu, który mi się wrył w pamięć jak dziki w trawniki, w powietrzu ostrym po deszczu to ostatnie pasmo stało majestatycznie widoczne jak na dłoni. Ławeczki i taborety z widokiem były wszystkie zajęte. Została jedna wolna w cieniu, pod brzozami, po przeciwnej stronie głównej alejki wiodącej od stóp Sikornika do Lasu Wolskiego. Cóż, siadłem na niej i podniosłem wzrok na zieleń miejską, nie sądząc, że ujrzę cokolwiek prócz pociemniałych, zmęczonych długim latem liści nie jesiennych jeszcze, ale zwiastujących bliskość jesieni. Tym momencie poryw wiatru przestawił położenie gałęzi i przez niewielkie okno wśród liści dał niespodziewany wgląd w odległy pejzaż ponad Beskidami z królującym w samym środku prześwitu Gerlachem. Wiatr ucichł, ale okno się nie zamknęło. Spokojnie chłonąłem tę małą radość, odkrywając, że można cieszyć się i w tej chwili nie pragnąć niczego więcej.
Niedziela 27 września 2026 r.
Chciałem jeszcze uzupełnić ten odcinek czymś niedługim, a wprowadzającym trochę urozmaicenia. Myślałem najpierw o małej sekcji wspomnieniowej z dzieciństwa, którą postulowaliście przed rokiem. W tym celu zagłębiłem się w albumy ze zdjęciami, zajęło mi to cały jeden wieczór, ale w końcu się zniechęciłem. Zdjęć są dziesiątki (bliżej setki niż pięćdziesiątki) ale długie serie dotyczą nieraz tego samego wydarzenia i to z przeszłości nie bardzo odległej. W każdym razie jestem już na nich księdzem Łukaszem, kapelanem sióstr sercanek, w szczególności ich przedszkola, albo nawet księdzem profesorem biorącym udział w jakichś obronach (w charakterze broniącego lub atakującego) i innych wydarzeniach akademickich lub między uczelnianych – nic w tym nie było co by mnie porwało.
Potem pomyślałem, że dla ubarwienia tego odcinka może wstawię jakieś fotki ze Żmiącej. Tym razem ugrzęzłem w zdjęciach cyfrowych z ostatnich trzech lat (na szczęście już rozsądnie uporządkowanych). Też prawie nie ma w nich tego, o czym napisałem: ludzi. Najczęściej, jak to u mnie – przyroda. Ewentualnie budynki. No ale w końcu wybrałem coś, co może jakoś zilustrować to miejsce i jego ludzi.